Miłość między moim mężem Simonem a mną była późną radością życia. Kiedy się poznaliśmy, on miał 54 lata, a ja 38, a jego energia przeniknęła moją ostrożność. Budowaliśmy razem życie, przenosząc się z Londynu na wybrzeże, kiedy on przekwalifikował się na stoczniowca. Rozkwitł, ja też… ale pod powierzchnią żyłam w ciągłym, wyniszczającym strachu, że go stracę.
To nie było nic nowego. Trudne dzieciństwo nauczyło mnie, że dobre rzeczy nie trwają wiecznie. Choroba mojej matki i późniejsza śmierć utwierdziły mnie w tym przekonaniu: jeśli będziesz się wystarczająco martwić, być może uda ci się zapobiec nieuniknionemu. Ale kiedy przestaniesz się martwić… czy to nie przyspieszy wyniku?
Przeniosłam ten strach do mojej relacji z Simonem, ukrywając przed nim swój niepokój, nawet przed bliskimi przyjaciółmi. Nie chciałam go „karmić” słowami, ale przerażenie było nieubłagane. Wyobrażałam sobie najgorsze scenariusze, a nawet zmusiłam się do wyobrażenia sobie jego śmierci, żeby się przygotować. Jego własne problemy zdrowotne – problemy z sercem, wypadki, operacje – tylko zwiększyły mój strach.
Kiedy zaczęła się pandemia, Simon zasugerował, żebym prowadził dziennik. W lipcu 2020 roku miał problemy z oddychaniem. W lipcu następnego roku zdiagnozowano u niego raka płuc w stadium 4. Sama diagnoza mnie nie złamała; potwierdził to, na co się przygotowywałem. Stawiał czoła swojej chorobie z odwagą, a nawet humorem, nalegając na różowe lniane koszule podczas wizyt w hospicjum i domagając się rampy, aby móc oglądać zachód słońca ze swojego wózka inwalidzkiego.
Zmarł 3 marca 2021 roku. Spędziłem lata, przygotowując się na tę chwilę, odtwarzając w myślach jego śmierć. Jednak rzeczywistość była druzgocąca.
Potem była samotność. Społeczności zajmujące się żałobą mówiły o stracie, ale nikt nie poruszył specyficznej agonii wyprzedzającej żałoby – wyczerpania spowodowanego strachem, że ktoś umrze przez lata, tylko po to, by tak się stało. Eksperci nazywali to irracjonalnym, przesadnym lub po prostu „niewystarczającym myśleniem o śmierci”. Ale dla mnie była to ciągła obecność, kształtująca każdą interakcję z Simonem.
Czy w jakiś sposób go zawiodłam, martwiąc się za bardzo… lub za mało? Czy mój strach stał się samospełniającą się przepowiednią? Nie ma odpowiedzi, jest tylko pusty ból straty.
Obecnie pracuję nad promowaniem lepszej opieki u schyłku życia, zachęcając do otwartych rozmów na temat śmierci. To dziwna ironia losu: przez lata przygotowywałem się na śmierć Simona, a teraz opowiadam się za otwartą akceptacją jej nieuchronności.
Pozostała mi surowa, niepokojąca świadomość. Miłości warto się bać, ale czasami cień straty jest tak realny jak sama miłość.
Ostatecznie w żałobie nie chodzi o uniknięcie śmierci; chodzi o to, by żyć pełnią życia w obliczu jego nieuchronności.
































